W Gdańsku zginął człowiek. Mówi się, że zginął, bo jedni ludzie bardzo nie lubią innych. Że ich nienawidzą.
Coś Wam powiem. Z punktu widzenia psa naprawdę niewielu ludzi zasługuje na to, by ich lubić. Poważnie. Jesteście złym gatunkiem. Prawie niczego nie rozumiecie, wytworzyliście sobie mechanizmy złudnych pragnień i przeszkadzających myśli. Trawicie siebie samych w tym obłąkaniu, próbując wskazać bliźniego jako źródło przejmującego uczucia strachu i pustki.
Zupełnie nie czujecie też przypadkowego charakteru rzeczywistości. To, co dla psa jest tylko chwilowym akcentem w szaleństwie płynących atomów, dla Was staje się okazją do tego, by się po waszych tłustych brzuchach dźgać jakimś żelastwem.
Naprawdę, nigdy tego nie mogłam pojąć. Co takiego sprawia, że w sposób tak zawzięty potraficie się zakręcić wokół rzeczy pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia? Jak to się stało, że kompletnie wyparowała wam z mózgów zdolność uchwycenia metafizycznego oddalenia, gdzie wszelkie gęby, o które z zapałem walczycie przez całe swoje dorosłe życie, są niczym?
Ale co poradzić. To nawet nie jest wasza wina. Ot, ewolucja zabrnęła sobie chwilowo na taką ścieżkę gdzieś na – zdaje się – nieodwiedzanym przez nikogo kosmicznym zadupiu. I już.
Stąd też myślę, że tłumaczenie ludziom czegokolwiek ma cierpki posmak ułomności. Bo przecież szansa na to, że ktokolwiek z was się ogarnie, jest tak mała jak porcja żarcia, którą mi jutro rzucą na śniadanie. Albo jak ilość cyklonu B, której potrzeba, by zabić 1500 osób. Żałośnie skromna.
Niemniej, przyszedł dziś do mnie Zygmunt i mówi, żebym może skrobnęła dwa słowa, bo się rozbryndzlowanie wam wszystkim włączyło w internetach. I wszyscy się w filozofów zamieniliście, którzy w gębach empatycznych tak bardzo zaczęliście nienawiść nienawidzić, że co drugi się już posrał przemową pompatyczną, a Zygmunt boi się, że w takim rozesraniu totalnym to się jego łąki ukochane całe przystroją papierzakami i trzeba będzie na spacerach ostrożnie chodzić. W trosce o Zygmunta podejmuję więc trud objaśnienia Wam, co tutaj się dzieje.
Sprawa jest prosta: ludzie nienawidzą się od zawsze, bo nie mogą znieść tego, jak bardzo są niedoskonali i jak bardzo niedoskonałe jest samo życie.
Pomyślcie o tym chwilę. Patrzycie sobie na przykład na takie żółwie. Pływać potrafią, ewolucja dała im proste schronienie przed drapieżnikami, większość dnia sobie bimbają jak na Xanaksie. Nie wymyślają na przykład, że będą wykorzystywały inne żółwie, by te zbierały dla nich kauczuk. Taki żółw czasem się poprzepycha z innym o pannę żółwicę, ale to wszystko. Nie sądzę, by pod skorupą żółwie nosiły scyzoryki.
Co innego ludzie. Ludzie robią sobie i sobie nawzajem rzeczy, które wykraczają poza moje zdolności wyobrażeniowe. Wasz problem polega na tym, że nie tylko to sobie robicie, ale również macie zdolność wyobrażenia sobie świata, w którym tego nie robicie! I w tym rozdarciu dialektycznym między idealizmem niebieskim, a rzeczywistością śmierdzącą dupami harcerzy w trzecim tygodniu obozu rozgrywa się wasz dramat. Dramat auto nienawiści.
Taka nienawiść własna to smakowity początek zaledwie, bo kiedy napompowani słuszną pogardą do samych siebie wychodzicie na ulicę i spostrzegacie, że dokoła możliwe jest jeszcze większe spierdolenie, opadają wam ręce i zaczynacie również nienawidzić innych za to, że są tacy spaprani jak wy sami, a może nawet gorzej.
A przecież na tę ulicę to wy po pomoc wyszliście! Żeby dotknąć kogoś, chwilę choć krótką z nim spędzić i żeby ten ktoś powiedział, że wcale tak źle nie jest, że można się porozumieć. Wtedy lecicie w te krótkie przepaście marzeń i na chwilę przestajecie być, ściskając pościel po rodzicach, by potem skomleć, że znowu tak samo wyszło.
Tacy już jesteście. Od pierwszych chwil obijaliście sobie łby piszczelami pożartych antylop, czy trzeba było, czy nie. Dziś do realizacji tych samych potrzeb macie Twittera. I najbardziej was boli to, że jakiś tam potencjał czujecie, że przecież Elon na Marsa poleci i że przecież Kolbe w Auschwitzu bank rozbił. Ale cały ten potencjał zamieniliście w twarde kutasy żołnierzy gwałcących kobiety na podbitych ziemiach i muchy latające wokół małych murzynów, co „nic nie robią, tylko jedzą”.
Dlatego bardzo was proszę w imieniu swoim i Zygmunta: shut the fuck up. Skończcie z tymi moralizatorskimi przemowami, bo na to się nikt nie nabierze. Większość z Was w odpowiednich warunkach zeżarłaby swoje bachory.
Tymczasem zmykam. Sen się na sofie sam nie wyśni. Dobranoc.
