Nie wiem, czy znam choćby jednego humanoida, który nie żyłby w cieniu swojego potwora.
Potwora? Zapytacie.
Tak, większość ludzi składa się bowiem z dwóch części. Część pierwsza to obszar jaźni, czyli tego, co jesteście w stanie względnie kontrolować. To wasz obraz własny, który widzicie rano przy myciu zębów, w myślach o szefie idiocie i spotkaniach ze znajomymi, których już dawno nie lubicie. To wasze urodziny na Facebooku, wyjazd na narty i odbieranie bachorów z przedszkola.
Część druga to obszar waszych traum, gniewu i smutku. Siedzą sobie tam wszystkie wasze doświadczenia, które sprawiają, że najchętniej to byście przyjęli koktajl z alprazolamu i valium, mówiąc wszystkim cześć. To tutaj czeka na was wspomnienie o tym, jak uczyliście się pół roku grać na flecie i – kiedy zrobiliście pierwszy występ przed rodzicami – okazało się, że jesteście beznadziejni. Albo jak w kokainowych rajdach pieprzyło was pół miasta, podczas gdy wasi małżonkowie przewijali pieluchy ukochanym bobasom. Nie lubicie tej drugiej części. Jest natrętna, przeszkadzająca i cholernie wyniszczająca. To właśnie jest potwór.
Potwór jest. Może to zabrzmi dla was banalnie, ale to chyba najważniejsza rzecz, która musi się przedostać do waszej jaźni. On po prostu jest zawsze z wami. I przeszkadza.
A wy oczywiście nie lubicie, kiedy potwór przeszkadza. Nie lubicie, bo przecież chcecie prowadzić radosne instagramowe życie bez niego. Chcecie mieć lejce w rękach, sterować swoim życiem, podejmować racjonalne decyzje, rozwijać się i – co najważniejsze – pokazać światu, że przecież sobie radzicie.
Chcecie, by potwór zniknął.
Tymczasem, kiedy patrzę na was, a patrzę już 12. rok, mogę powiedzieć wam tylko jedno: on nigdy nie zniknie. Nie zniknie, bo jest wami samymi. Co więcej, jest silniejszy od waszej woli i pragnień, sprytniejszy od umiejętności zapominania i daje o sobie znać zawsze wtedy, gdy najmniej go potrzebujecie.
Częstą metodą, którą obserwuję w waszych śmiesznych staraniach, jest walka z potworem. Jakież genialne sposoby wymyśliliście sobie, by go stłamsić! Terapie coachingowe, na których trenujecie się jak – za przeproszeniem – psy. Wóda i inne drugi, które sprawiają, że potwór na chwilę staje za waszymi plecami. Obżarstwo, którym imitujecie zbroję, licząc na to, że pod nią potwora nie będzie widać.
I co macie z tego? Gówno.
Te wszystkie wasze tańce są jak trening potwora, jakbyście go z premedytacją wysłali na siłownię, a potem się głupkowato pytali, dlaczego jest coraz silniejszy. Potem już z górki: załamka, wizyta u shrinka po tabsy i gorąca wanna.
A wystarczy potwora przytulić.
To jest jedyna rzecz, którą możecie zrobić. Popatrzcie w lustro i powiedzcie sobie po prostu: czyniliśmy zło i czyniono nam zło, zachowywaliśmy się jak tępe chuje i znamy wiele osób, które nie zasługują na inne miano (mogą to być nawet wasi rodzicie). Wtedy potwór wyjdzie zza waszych pleców i stanie obok.
Weźcie go za rękę i wyjdźcie na ulicę. Przedstawcie go znajomym, małżonkom, przyszłym randkom i ludziom w pracy.
I wiecie, co się wtedy stanie? Nic. Potwór po prostu będzie. Zawsze będzie obok was stał, ale z każdym dniem będzie coraz mniej pazerny na składanie mu ofiar. Miną dni i potwór przestanie was ciągnąć za nogawkę i obgryzać kostki. Kto wie, może kiedyś ktoś go w ogóle w was pokocha?
Kiedy pozwolicie mu być, zagwarantujecie mu, że go już nigdy nie opuścicie i będziecie się nim opiekowali – wtedy właśnie będziecie mogli z potworem rozmawiać. Będziecie go mogli o coś poprosić.
I wróci spokój. I będziecie mogli sobie pozwolić na życie w ogóle. Peace.
PS. To, co wam dzisiaj napisałam, nie jest niczym odkrywczym. My – bullteriery – wiemy o tym od zawsze, a nawet napisaliśmy o tym kilka książek. Polecam lekturę „Dr Jekyll i Mr Hyde”, „Portret Doriana Graya” lub „Piękna i Bestia”. Wszystkie traktują o tym samym: o przytulaniu potworów.
