Toksyczne uzależnienie w związku, czyli jak za cenę pozornej akceptacji przegrywacie swoje życie

Uzależnienie w związku

Długo nosiłam się z opisaniem dla Was pewnego mechanizmu, który jako ludzie macie opanowany do perfekcji, i daje Wam on często złudne poczucie szczęścia. Rósł ten temat we mnie powoli i wczoraj dostałam odpowiedni bodziec do tego, by się wreszcie zebrać w sobie i go opisać.

Matczyna miłość

Otóż, siedziałam sobie wczoraj w restauracji i obserwowałam pewną scenę. Para w średnim wieku i dwójka ich córek zajmują stolik obok i zamawiają jedzenie. Ona – niezbyt urodziwa i zdecydowanie zołzowata (tak, uważam, że fizjognomia w jakimś sensie oddaje duszę człowieka), On – gruby do granic, za którymi już by się nie mógł ruszać, i córeczki – papuśne pączusie.

Mija jakiś czas i kelner przynosi im na stół dania. Nie trudno się domyślić, że jest tego dużo i w zasadzie nie ma tam niczego, co powinni jeść ludzie, a już na pewno nie w nadmiarze. Cóż, pomyślałam, lubią sobie zjeść w tej rodzince. Ale po chwili obserwacji zauważyłam, że w zasadzie dzieje się tam coś więcej, niż tylko „wielkie żarcie”.

Oto, w sposób ewidentny uwidoczniło się, że w istocie nie jest do końca tak, że ta rodzina przyszła tam zjeść, tylko została przyciągnięta przez jedną osobę, która chciała wszystkich nakarmić. Tą osobą była Ona – prawdopodobna żona i matka słodkich pączusiów.

Mamusia wpychała w męża i dzieci smalec, mięcho i frytki, każąc im to zapijać słodkimi napojami gazowanymi, a w momentach odmownych (kiedy ktoś miał już dosyć) robiła minę osoby skrzywdzonej, tak jakby ktoś sprawiał jej ogromną przykrość. No więc wszyscy – nie chcąc mamie i żonie zrobić przykrości – dopychali się smalcem pod korek.

Matczyna miłość! – zakrzyknie ktoś. Genetycznie uwarunkowana skłonność do zabezpieczenia podstawowych potrzeb swoich najbliższych. Nie chcę dziś jednak kontynuować tego podejścia, zostawię w tym zakresie tylko stwierdzenie, że w życiu nie widziałam w naturze otyłych lwiątek czy borsuczków.

Niepewność

To, o czym chciałabym natomiast dziś powiedzieć, mieści się w ukrytej warstwie psychiki ludzkiej, w której rodzą się motywacje nieoczywiste (przynajmniej dla niezbyt wprawnych obserwatorów). Tam obraz dobrej mamy nie wytrzymuje zderzenia z prawdziwymi lękami i kompleksami, które zamanifestowały się w tej na pozór błahej scence.

Co się więc wydarzyło naprawdę, zapytacie. Już spieszę z objaśnieniem.

Jak już wcześniej wspominałam, wierzę, że aparycja ludzka dużo mówi o samej kondycji psychicznej człowieka. Pewnie postępowe i poprawne politycznie osoby poczuły właśnie oburzenie, ale nie jest to tylko moja teza – zachęcam do zgłębienia dorobku naukowego w tym aspekcie.

Mogę więc śmiało założyć, że (1) nasza mamusia nie była osobą zbyt urodziwą według obecnych standardów piękna i (2) jej zachowanie cechowało widoczne poczucie niepewności, lęku i stresu bycia w sytuacji społecznej. To drugie objawiało się głównie przez mowę ciała, ale też przez sposób zwracania się do obsługi i samych członków rodziny.

Takie poczucie niepewności i manifestującego się dyskomfortu w kontaktach z innymi łatwo wytłumaczyć brakiem poczucia wartości własnej. Osoby z tym zaburzeniem nie zbudowały w sobie mechanizmu rozumienia, że poczucie owo – jeśli jest zdrowe – powinno płynąć z wnętrza nas samych, a jeśli ma charakterystykę zaburzenia, jest ściśle warunkowane przez środowisko zewnętrzne, z którego musimy otrzymywać regularnie bodźce potwierdzające naszą przydatność i zasadność społeczną.

Innymi słowy, potrzebujemy kogoś innego, żeby ten ktoś utwierdzał nas w przekonaniu, że jesteśmy potrzebni, a więc w jakimś sensie wartościowi.

Osoby z niskim poczuciem wartości własnej budują więc relacje nie na bazie przekazywania pozytywnego wzmocnienia innym („mam w sobie dużo miłości, którą mogę się z Tobą podzielić, by Tobie było tak samo dobrze jak mnie”), ale na bazie uzależnienia negatywnego („jesteś mi potrzebny, jako dowód na to, że nie jestem taka zła, jak mi się wydaje”).

Ale najlepsze przed nami. Niskie poczucie wartości własnej powoduje, że nawet jeśli zbudujemy relację, to nie ukoi ona lęku przed tym, że nasza beznadziejność sprawi, że ta druga osoba kiedyś odkryje naszą prawdziwą naturę, i w konsekwencji nas zostawi. Ten lęk towarzyszy ludziom z zaburzeniem własnej oceny bezustannie, wprowadza ogromny dyskomfort psychiczny, a więc osoby te muszą szukać kolejnych sztuczek na złożenie mu właściwej ofiary.

Uzależnienie

I takie sztuczki znajdują. Prawdziwym mistrzostwem psychiki ludzi z zaburzonym poczuciem własnej wartości jest ich zdolność do uzależnienia innych od własnej osoby. Poziom wyrafinowania i maestrii tego procesu jest szczytowym osiągnięciem wszelkich technik manipulacji.

Krok 1. Jak już wcześniej powiedzieliśmy, osoba z opisywanym dziś zaburzeniem potrzebuje kogoś drugiego, by wypłacić głodowi wartości własnej jakąś nagrodę, jednocześnie utrzymując na wysokim poziomie napięcie lękowe i strach przed odrzuceniem. Jej pierwszym krokiem jest więc zbudowanie takiej relacji, w której będzie widoczna od razu albo wypracowana w czasie – bez względu na to kiedy, zawsze jednak eksponowana – niedoskonałość drugiej osoby.

W tym celu utwierdzamy drugą osobę, że jej wady są znaczące i czynią ją kimś gorszym w naszych oczach. Do tego stosujemy kwantyfikatory ogólne, typu „Ty zawsze” lub „Ty ciągle”. Warto podkreślić, że osoby manipulujące w tym kroku dostają też małą wypłatę (pocieszenie) w postaci poczucia, że komuś drugiemu jest tak samo źle, jak im samym.

Krok 2. Dalej zadaniem osoby manipulującej jest albo wzmacnianie wady, albo ograniczanie możliwości zmiany, albo – w najsłabszej formie – nierobienie niczego, co mogłoby się przyczynić do poprawy sytuacji drugiej osoby. W naszym przykładzie jest to jawne dokarmianie partnera i utrzymywanie go w stanie upadku, co potęguje jego poczucie niskiej samooceny, a więc finalnie rodzi symetryczną potrzebę kogoś drugiego – czyli nas.

Krok 3. Wielki finał naszej sztuczki, mistrzowski prestiż! W tym kroku jawimy się jako osoba, która „kocha pomimo tego, że jesteś, jaki jesteś”. Dajemy drugiej osobie do zrozumienia, że tylko my akceptujemy jej wady, a może nawet je kochamy, i że tak naprawdę to ten ktoś nie musi się dla nas zmieniać. Pozornie taka deklaracja jawi się nam jako coś niesamowitego, przez niektórych pewnie utożsamianego z istotą miłości, ale de facto w naszej historii jest to moment ostatecznego wpadnięcia w sidła manipulacji.

Oto stajemy się jedynym źródłem akceptacji dla drugiej osoby, a naszą wyłączność na bycie takim źródłem utrzymujemy poprzez nałożenie i utrzymanie na drugiej osobie kagańca niskiej samooceny. Tak uwikłana osoba nigdy nie znajdzie w sobie siły, by nas opuścić, co daje nam względne poczucie bezpieczeństwa i… wartości własnej.

Perfidne, ale genialne, prawda?

Na końcu chciałabym dodać, że opisywana wyżej scenka i późniejsze do niej odniesienia są tylko ilustracją problemu szerszego. Poza utrzymywaniem w psychicznym uzależnieniu osób otyłych, bez trudu odnajdziecie ten sam mechanizm:

– wśród narcyzów i narcyzów komplementarnych,
– wśród par, w których partner ma problem alkoholowy,
– w procesach uzależniania swojego otoczenia od siebie na poziomie ekonomicznym,
– w rodzinach z problemami z przemocą.

Oczywiście, wymienione wyżej obszary wymagałyby precyzyjnego objaśnienia i być może nawet pewnych modyfikacji opisanego tutaj procesu, ale myślę, że ideę główną realizują niemal identycznie.

Światło

Niektórzy uważni czytelnicy zobaczyli siebie w tym tekście. Być może jesteście manipulującymi, być może jesteście ofiarami uwikłania, a może zagraliście w tę grę na zasadzie symetrycznej odpowiedzi, która daje Wam również sporo wypłat. Zapewne pierwszym Waszym uczuciem jest więc w tej chwili strach, zaprzeczenie, wyparcie i złość.

Nie przejmujcie się, to normalne. Podobnie jest z niską samooceną – ona też nie jest waszą winą, składają się na nią tysiące czynników wynikających z genów, wychowania i wszystkich Waszych dotychczasowych doświadczeń. Jeśli prześledzicie całą swoją historię z otwartą głową, uświadomicie sobie, jak wiele spraw w Waszej przeszłości w ogóle nie zależało od Was, i finalnie – to, kim dziś jesteście i co czujecie, też nie wynika tylko z Waszych wyborów. Za cóż się więc winić?

Dużo ważniejsze jest urealnienie, a więc zobaczenie się w prawdziwym świetle własnych potrzeb i motywacji, a następnie znalezienie odpowiedzi na pytanie: co ja mogę z tym zrobić i czy potrzebuję pomocy?

Cel jest prosty: odnaleźć w sobie miłość do samego siebie, a następnie przeniesienie tej troski na innych. Możecie to zrobić sami albo z terapeutą.

To tyle, nic nie jest stracone. Zadbajcie o siebie. Ja idę spać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.