Internet pozwolił na anonimowe uzewnętrznianie swych uczuć, więc – czy tego chcecie, czy nie – regularnie trafiacie na historie związane z zawiedzionymi ideałami miłosnymi. Na pewno też odnosicie wrażenie, że liczba takich feralnych sprawozdań rośnie i współczesne pokolenie trochę gorzej radzi sobie w sprawach uczuciowych. Facebook tonie dziś w historiach osób, które dobiegają czterdziestki i wciąż nie mogą ustabilizować sobie życia ze stałym partnerem, jęcząc przy tym straszliwie i wyklinając na świat, co to „na psy schodzi”.
Psy wywołane do tablicy odpowiadają zaś krótko: to tylko konsekwencja pewnej ułudy, którą sami wytworzyliście i bez której dnia byście jednego nie przeżyli – kultu Waszego pieprzonego ego.
Narcyzm, czyli zrośnięcie z wizerunkiem
W zasadzie cała obecna kultura masowa jest nastawiona na to, by pielęgnować swój wizerunek. To o niego dbacie już od wczesnych lat szkolnych – najpierw jesteście dobrymi uczniami, albo szkolnymi łobuziakami. Później jesteście wyzwolonymi nastolatkami, którzy finalnie wpadają w kierat pracy zawodowej, gdzie najważniejszy jest Wasz wizerunek dobrego pracownika.
Zauważcie, że kultura wymaga, aby to, kim de facto jesteście, odkładać na drugi plan, a w pierwszej kolejności zajmować się zbudowaniem zewnętrznej osobowości, która będzie odpowiadała jej wymaganiom. W tym celu przygotowano dla Was cały zestaw ról społecznych, w których musicie się sprawdzić.
Większość z tych ról jest wyidealizowana, a więc dość nierealistyczna – bazują one na skrajnych wartościach i to właśnie do tych skrajnych wartości najczęściej będziecie porównywani. Na przykład, jeśli będziecie chcieli być ojcem, to oczywiście zawsze cierpliwym, motywującym i zaangażowanym – takim z reklam firm ubezpieczeniowych. Jeśli zdecydujecie się na bycie przedsiębiorcą, ważne będzie dla Was, by być jak Steve Jobs, zarabiać dużo pieniędzy i zarządzać zespołem uśmiechniętych pracowników. Innymi słowy, we wszystkich rolach, które wybierzecie, będzie istniał taki punkt, do którego będziecie dążyli, a ten punkt wyznaczy Wam kultura.
Mało jest ludzi, którzy powiedzą Wam, że ten punkt jest w większości wypadków nieosiągalny, a więc szansa na realistyczne podejście do własnej roli w świecie jest dość mała. Wasze życie w takim układzie staje się ciągłym obserwowaniem dystansu, który dzieli Was od miejsca, w którym jesteście, i miejsca, które ktoś dla Was ustalił jako idealne. Taki kontekst oczywiście będzie degradował Was psychicznie, ponieważ ciągłe poczucie niedopasowania stanie się nie do zniesienia.
Istnieją dwa sposoby ustosunkowania się do tak zdefiniowanej rzeczywistości:
- zgoda na własne ograniczenia i szczere komunikowanie ich (realizm),
- zrośnięcie się z rolą wizerunkową i praca nad jej utrzymaniem (narcyzm).
Większość z Was wybiera opcję numer 2. Niestety. Stajecie się zakładnikami wizerunku, który dla siebie wybraliście i który zakomunikowaliście światu. Nawet jeśli od jego realizacji dzieli Was przepaść, więcej sił włożycie w utrzymanie tej fantazji w oczach Waszego socjalnego otoczenia, niż w opiekę nad sobą. I to jest problem, który stanowi trzon niemożności zbudowania prawdziwej relacji.
Związek, który się rozpadnie
Nie jest trudno napisać scenariusz związku, który z góry jest skazany na porażkę. Jak każdy zaczyna się od fazy zafascynowania. To moment, w którym wyświetlacie drugiej osobie wizję samych siebie, a czas, który ze sobą spędzacie (kawiarnie, kina i parki), jest po prostu na tyle niewymagający, że utrzymanie wizerunku staje się bardzo łatwe. Co więcej, ta pierwsza faza sprzyja nawet chwilowemu stopieniu się wizerunku z Wami samymi – nagle zaczynacie wierzyć, że może faktycznie zawsze jesteście uśmiechnięci, mądrzy, wyrozumiali, czuli i czarujący.
Ta faza mija. Po niej przychodzi urealnienie, a więc problemy do rozwiązania i umiejetność radzenia sobie z chaotyczną rzeczywistością. No, ale przecież poszliście ścieżką wizerunku, więc musicie grać w tę grę dalej. Bo co się stanie, gdy ta druga osoba odkryje, że tak naprawdę to trochę ją oszukaliście na początku związku i wcale nie jesteście tacy twardzi i wyrozumiali, jak deklarowaliście?
Tak, to na tym etapie odkrywacie, że jest wiele spraw, które Was w tej drugiej osobie wkurwiają, ale zaczynacie to w sobie dusić, bo przecież miłość idealna, której scenariusz dostaliście z Hollywood i Instagrama, to puszczanie słodkich bąków na Bali, a nie użeranie się z drugim człowiekiem.
Co więcej, zaczynacie też podejrzewać, że ta druga osoba zagląda już być może za Wasz płaszcz wizerunkowy i widzi tam to śmierdzące truchło, o którym zapomnieliście powiedzieć na pierwszej randce. Zapada decyzja: trzeba włożyć jeszcze więcej sił w fake’owanie. Fake it till you make it – jak mawiają popularni influencerzy.
Niestety, to nie może trwać zbyt długo. Siły potrzebne do walki z entropią rzeczywistości przekraczają możliwości nawet najlepszych i – raczej prędzej niż później – Wasi partnerzy odkrywają, że nie myjecie stóp, męczycie koty w piwnicach, a Wasza dacza na Halkidiki jest tak naprawdę polem namiotowym w Rewalu.
Zaczyna się ostre wkurwienie. Przede wszystkim dotyczy ono tego, że zaczynacie widzieć siebie w mocnej soczewce urealnienia, co rodzi gniew i poczucie winy. Co więcej, najbardziej denerwuje Was to, że rozjazd między realnością a Waszym wizerunkiem zauważyła osoba, która sama spija wino po gościach, wyciska pastę do zębów od góry i zapomniała Wam powiedzieć, że spała z połową Bydgoszczy.
A więc koniec! Czujecie się oszukani i rozczarowani. To czas, żeby ruszyć po znajomych i opowiedzieć, jakie to całe doświadczenie było rujnujące i że miłość nie jest dla Was. Przeżywacie coś na kształt żałoby, ale zarazem też ulgi, która jest resztką przeświadczenia, że przynajmniej utrzymaliście kontrolę i wizerunek.
Będziecie to nazywali niezależnością.
Pod górę, zimno i wieje
W odmiennym scenariuszu macie do czynienia z czymś w rodzaju długofalowej inwestycji. Oto nie kierujecie się chęcią szybkiego „zarobienia”, ale stawiacie na dogłębne poznanie drugiej osoby i przede wszystkim samych siebie. Wymaga to wielkiej szczerości, która pozwoli na bycie tym, kim się de facto jest wobec drugiego człowieka.
Tak, nie jest to łatwe, ponieważ większość z Was będzie się bała, że Wasze wady są nie do przejścia dla nikogo. Że jak tylko ktoś zobaczy całą Waszą rozpaczliwą egzystencję, to porzuci Was jak psa w lesie. No cóż, czasem tak będzie. Niestety, świat nie jest do końca przyjemnym miejscem i musicie się nauczyć żyć z tym, że przepełnia go agresja, gniew i cierpienie. Ludzie robią sobie nawzajem rzeczy, o których Wam się nawet nie śniło.
Ale jeśli chcecie zbudować związek, musicie zachować balans między ochroną przed zranieniem a zdolnością do otwarcia na drugiego człowieka. Przez otwarcie rozumiem pokazanie się drugiej osobie w całej swej koślawej odsłonie i zgodę na to, że po drugiej stronie dostaniecie kogoś, kto też swoje za uszami ma.
Tylko takie podejście pozwoli Wam w przyszłości na wybaczanie sobie samym (ale też drugiej stronie) w sytuacji, kiedy wysokie oczekiwania zostaną nagle przeciwstawione rzeczywistości. To będzie czasem ponad Wasze siły, bo ego nie lubi być demaskowane i zna wiele sposób na ochronę swojej pozycji. Ale bez tego niczego nie zbudujecie.
Jeśli pozwolicie sobie nawzajem być ludźmi, jeśli zaopiekujecie się swoimi ranami, razem, krok po kroku, zaczniecie sobie te drzazgi z ciała wyciągać. Z czasem zobaczycie, że to być może jedyna wartościowa rzecz, jaką macie.
Egotyczna retrospekcja
Na koniec jeszcze słowo na temat tego, w jaki sposób kult ego oplótł cały świat. Oficjalnie nie zaczął się wcale tak dawno, choć jego przebłyski i ciężkie kroki było słychać od zawsze. Rezonować głucho rozpoczął na zachodzie Europy w XVIII wieku, by z całą swą powabnością rozkwitnąć za Atlantykiem w wieku XIX. Oto wtedy bowiem uwierzyliście, że możecie się stwarzać. Że na przekór wszelkim statystykom i rachunkom możecie kuć swe ciała oraz umysły na wzory dyktowane przez dowolną zachciankę, a świata entropię jednym pstryknięciem palców na popiół zetrzeć potraficie.
Niektórym się udało, owszem. Byli tacy, co z nizin społecznych do klas wyższych awansowali i stawali się w ten sposób potwierdzeniem tylko, że sky is the limit. Ta koncepcja samostwarzającej się jednostki bazowała na przekonaniu, że wystarczy mieć solidne podstawy moralne i bardzo cieżko pracować, a sukces prędzej czy później przyjdzie. Bezgłośnie założono, że to prawda, więc ludzie rzucili się do pracy i do poprawiania samych siebie.
No cóż, mało kto rozumiał wówczas, że trzeba mieć jeszcze szczęście i umieć wykorzystywać nadarzające się okazje, a awans społeczny i tak wcale nie jest oczywisty. Konsekwencją rozczarowania błędnie pojmowanym wykuwaniem ego jest wiek XX z jego koszmarem rewolucji i wojen, podczas których można było bardzo łatwo manipulować masami, ponieważ te nie rozumiały, dlaczego wszyscy urabiają się po pachy, a tylko niektórzy faktycznie coś osiągają.
Przez moment wydawało się, że to może dać nam do myślenia. Po wojnach przyszło bowiem mentalne otrzeźwienie i dość solidna część świata powiedziała sobie: „dość”. Wtedy do głosu doszły ruchy, które postulowały rozmycie ego, a do kultury łacińskiej trafiły elementy duchowości wprost z Dalekiego Wschodu.
Ale potem przyszedł Internet. Oto na naszych oczach komunikacja międzyludzka stała się globalna, a więc prawdopodobieństwo, że natraficie na przykład na historię kogoś, kto popełnił samobójstwo na drugim końcu świata, jest całkiem duże. Jaka to w końcu różnica dla Internetu, czy rzecz dzieje się w Bombaju czy pod Kluczborkiem. Życie stało się publiczne, a więc jeszcze bardziej ukierunkowane na tworzenie nierealnych wizerunków. Ukoronowaniem tego są media społecznościowe, w których wszyscy udajecie szczęście.
Nie wiem, co będzie dalej, ale na pewno nic dobrego. Nikomu nie opłaca się dziś oddanie Wam wolności bycia sobą. Rządy i korporacje będą dbały o to, byście uczestniczyli w tej grze, bo w ten sposób mają nad Wami kontrolę. Wy sami nienawidzicie życia tak bardzo, że oddacie je za 30 like’ów. Jedyne, co dziś możecie, to przeprowadzenie osobistej rewolucji, która uwzględni totalne urealnienie i zgodę na własne ograniczenia. Być może w takim ujęciu usłyszycie swój prawdziwy wewnętrzny głos.
